teatroterapia

Dziennik Wschodni

Rozmiar tekstu:

Roz­mowa z Marią Pietruszą-​Budzyńską, reży­serem spek­taklu “Isadora“

Miłość pod spec­jal­nym nad­zorem

Wczo­raj “Isadora” miała swoją pre­mierę w Teatrze Osterwy. To opowieść o sil­nej kobiecie i…?
- Miłości. Często słyszę, jak ludzie litują się nad niepełnosprawnymi mówiąc: Szkoda, że nigdy nie zaz­nają miłości. Niech zas­makują jej na sce­nie. Są tak samo wrażliwi, jak każdy z nas. A może bardziej.
Pani jako pier­wsza założyła w Polsce teatr ludzi upośled­zonych. W “Isadorze” też wys­tępują.
- “Isadora” to spek­takl o życiu i twór­c­zości Isadory Dun­can, w którym gra 25 aktorów niepełnosprawnych umysłowo. A zaczęło się od teatru Roślinka przy Pod­sta­wowej Szkole Spec­jal­nej w Lublinie. Schowałam twarze niepełnosprawnych aktorów za maską XVI-​wiecznego kome­di­anta. Najpierw był szok wśród pub­liczności, potem przeła­manie bari­ery, która otacza upośled­zonych. Z Roślinki nar­o­dz­iły się Warsz­taty Ter­apii Zaję­ciowej i współpracą z zawodowymi aktorami Teatru Osterwy.
Najszczęśli­wszy dzień w ciągu dziesię­ciu teatral­nych lat?
- Mam dwudzi­estu pię­ciu aktorów. Każdy z nich miał choć jeden wielki dzień w swoim życiu. To są moje najszczęśli­wsze dni.
Naj­gorszy?
- Kiedy rodz­ice zabier­ają mi dziecko z warsz­tatów, widząc, że zbyt się rozwija. Na przykład umie policzyć 418 zł swo­jej renty… No i wtedy, gdy brakuje państ­wowych pieniędzy na to, co robimy..

Walde­mar Sulisz