teatroterapia

Gazeta Wyborcza XI'04

Rozmiar tekstu:

Klatka glob­al­nej wioski

Jacek Król jako Ham­let grze­bie nam w trzewiach, że cia­rki prze­chodzą po skórze i strach odd­y­chać Dzisiejszy Ham­let jest człowiekiem uwięzionym w świecie, który wydaje się otwarty i dostępny, ale czy nasz?

“Ham­let” służy do mówienia o dziś, o tu i teraz nawet wów­czas, gdy jest real­i­zowany jako spek­takl his­to­ryczny. W lubel­skim “Ham­le­cie” w reży­serii Krzysztofa Babick­iego, widać to naty­ch­mi­ast, choćby dlat­ego że bohaterowie wys­tępują we współczes­nych stro­jach. Jacek Król –jako Ham­let — długi skórzany płaszcz zakłada na czarny pod­koszulek z jakimiś napisami, szpar­gały nosi w tor­bie na ramię, jaką widz­imy u ludzi na uli­cach. Jaki jest ten Ham­let z ulicy? Jest osamot­niony i wściekły, fizy­cznie agresy­wny, pozbaw­iony — albo nieczu­jący — opar­cia w sobie samym i w innych, obaw­ia­jący się zarówno rygo­ryzmu norm moral­ności jak i bru­tal­ności prawa siły, wewnętrznie sprzeczny. Miota się i wyje, bo wszys­tko wokół jest nie tak. Czy nie tak jak i my, wchłonięci przez glob­alną wioskę świata, która okazuje się być nie na ludzką miarę, nieprzewidy­walna i nie do oga­r­nię­cia w swych sprzecznoś­ci­ach, ale i nie do opuszczenia? Czy ten świat nie jest wciąż zagrożony przez różnych Fortyn­brasów, którzy jak w finale spek­taklu, pojaw­iają się, by “zro­bić porządek”, kiedy my urządzamy między sobą jatki porachunków?

Jacek Król grze­bie nam w trzewiach, że cia­rki prze­chodzą po skórze i strach odd­y­chać. To mocne, ener­gety­czne, prze­j­mu­jące aktorstwo, zarazem pełné niuan­sów, bogate. Niewąt­pli­wie kap­i­talna rola kreacja, którą wpisać trzeba w his­torię Teatru im. J. Osterwy zło­tym atra­mentem. Król stał się filarem dra­maty­cznego reper­tu­aru lubel­skiej sceny.
Monika Dome­jko rolą Ofe­lii ukazała skry­wane doty­chczas, acz przeczuwane umiejęt­ności — oglą­damy nar­o­dziny aktorki znaczącego for­matu. Wspaniale war­i­uje — można by powiedzieć o sce­nie sza­leństwa, kiedy gra tak, że w bezruchu zasty­gają na sce­nie jej part­nerzy, a na wid­owni — pub­liczność. W postać Klaudiusza wciela się Hen­ryk Sobiechart — to władca pewny i opanowany, uda­jący zniechęce­nie, a tym­cza­sem nawet rozterki używa jako narzędzia zachowa­nia władzy. Prze­ci­wieństwo Ham­leta. To ci dwaj ścier­ają się i wal­czą — o kobi­ety, które są syn­on­imem władzy: o matkę i ukochaną. Udaną rolę zagrała Jolanta Rychłowską jako Gertruda i Andrzej Redosz — Polo­niusz. właś­ci­wie cały zespół.
Spek­takl otwiera scena ze śpiewa­jącą Ofe­lią, której wtóruje chórek postaci jakby nie z tego świata. Chórek tworzą niepełnosprawni uczest­nicy Teatroter­apii — Warsz­tatów Ter­apii Zaję­ciowej prowad­zonych przez Marię Pietruszę-​Budzyńską. Odważny pomysł zaproszenia ich do udzi­ału w spek­taklu dodał przed­staw­ie­niu nowego wymi­aru, nie naraża­jąc przy tym insc­eniza­cji na pytanie o ety­czność tego pomysłu. Posz­erzył sen­sowność pyta­nia o rozu­mie­nie granic nor­mal­ności i naturę relacji między ludźmi. Sza­lona Ofe­lia “ze sztuki”, która wszak jest w dra­ma­cie Szek­spira w isto­cie jedyną nor­malną osobą, ma obok siebie ludzi, którzy w swej real­ności widzą świat inaczej niż my, a dla których teatr stanowi naukę bycia ze światem. Ta delikatna, a z pozoru jakby zwykła scena jest piękna sama w sobie.
Śpiewny melan­choli­jnie motyw muzy­czny z pieśni Ofe­lii będzie w spek­taklu powracał — i pewnie wid­zowie zabier­ają go ze sobąz teatru do domu, podob­nie jak mocne uderzenia w bębny. Muzyka Marka Kuczyńskiego znakomi­cie wpisała się w materię znaczeń dra­matu Szek­spira. Intere­su­jąco rozpisał przestrzeń sceny scenograf Marek Braun: zbu­dował roz­suwa­jącą się na boki pochyl­nie, wyś­cieloną trawą po hory­zont świateł. Jed­nak pochyłość — nieza­leżnie co sym­bol­izuje –jest wyzwaniem wobec graw­itacji, dlat­ego najwyraźniej przeszkadza aktorom, a kolor trawy konku­ruje z kostiu­mami (zapro­jek­towała je Bar­bara Wołosiuk).

Teraz epi­zody — klasę dla siebie stworzyli grabarze, czyli Roman Kruczkowski i Jerzy Rogal­ski. Scenka z grabarzami z “Ham­leta” należy bezwzględ­nie do ścisłej czołówki klasyki epi­zodów teatral­nych wszech cza­sów. Rogal­ski w wys­marowanym pod­koszulku, który kiedyś był biały, Kruczkowski — w bere­cie. Flaszka w dłoni. Skąd znamy ten obraz? Prze­cież to ikona pol­skiego grabarstwa. Wykre­owana w sposób doprawdy mis­tr­zowski, bo budown­ic­zowie ludz­kich domów wieczności w wyko­na­niu Kruczkowskiego i Rogal­skiego to nie tylko proste moczy­mordy — ale i osob­nicy, w których posi­ada­niu poza łopatą i flaszką jest również pewna tajem­nica życia.

Nie można tu zapom­nieć i o trupie aktorskiej przy­by­wa­jącej na zamek w Elsyn­orze, w którą wcieli się: Mag­dalena Sztejman-​Lipowska, Jan Woj­ciech Krzyszczak i Andrzej Gole­jew­ski. Zabawnie par­o­di­ują teatr, odgry­wa­jąc chał­turę teatralną z cza­sów elż­bi­etańs­kich. Jed­nak to osob­nicy pod­wójnej miary: też uwzniośleni, uwiedzeni teatrem, mocą słowa i wizji — co tak pięknie wyraził wyko­naniem swego mono­logu Andrzej Gole­jew­ski.
Prze­myślany, wieloz­naczny, plas­ty­czny spek­takl. Pub­liczność nagrodz­iła “Ham­leta”; brawami na stojąco.

Grze­gorz Józefczuk