teatroterapia

Media o nas

Rozmiar tekstu:

Warsz­taty Ter­apii Zaję­ciowej Teatroter­apia /​Gabriela Żuk

Kiedy przyszłam na umówione spotkanie z Marią Pietruszą-​Budzyńską, założy­cielką Warsz­tatów Ter­apii Zaję­ciowej Teatroter­apia, trwała właśnie jedna z pier­wszych prób do najnowszego spek­taklu. Wszyscy zasłuchani, skupi­eni, w pier­wszej chwili jakby niezad­owoleni z mojego nagłego przy­by­cia. Zaskocze­nie szy­bko jed­nak ustąpiło miejsca serdeczności, bo dom przy ul. Jas­trzę­biej to miejsce niezwykłe, pełné życia, ciepła i fan­tasty­cznych pomysłów. O teatrze ludzi niepełnosprawnych, pracy, prob­lemach i sukce­sach opowiada Maria Pietrusza-​Budzyńska:

Kiedyś jeden z kry­tyków powiedział mi tak, że dzieci, zwierzęta i ludzie chorzy nie mają wstępu na scenę. Oczy­wiś­cie teraz się tego wsty­dzi, ale ja wciąż o tym pamię­tam. Bo wprowadze­nie ludzi niepełnosprawnych do teatru 15 lat temu, w tamtej rzeczy­wis­tości, było trudne i z różnych powodów zaskaku­jące. Teraz wiem, jak bardzo mój teatr wpłynął na wiele postaw – nasz sukces zmienił sto­sunek do człowieka niepełnosprawnego. Więcej mówi się o jego prawach i nakłada na niego obow­iązki, co wcześniej było niemal niemożliwe. Pon­adto dał początek nowemu ruchowi w ped­a­gog­ice – inny jest już sposób prowadzenia zajęć, coraz częś­ciej mówi się o teatrze jako metodzie reha­bil­i­tacji. Udało mi się pokazać wymiar ped­a­gogiki, w którym trak­tuje się człowieka w indy­wid­u­alny sposób pisząc dla niego rolę, wys­taw­ia­jąc na sce­nie, kreu­jąc jego życie na miarę jego możli­wości i potrzeb.

W listopadzie przy­go­towu­jemy III edy­cję Dom­ina – między­nar­o­dowej pre­miery ludzi niepełnosprawnych, na której będziemy goś­cić Teatr Ram­baZamba z Berlina z przed­staw­ie­niem „Pamięć umarłej klasy” wg Tadeusza Kan­tora. Jest to bardzo szczególny spek­takl mówiący o ekster­mi­nacji osób niepełnosprawnych pod­czas II wojny świa­towej. Pokazuje jak los trag­icznie dotknął ludzi, którzy zostali wymor­dowani, po których zaś nie została żadna pamięć a i his­to­ria wciąż mil­czy na ich temat. Osoby niepełnosprawne nadal są izolowane od społeczeństwa a ich prob­lemy i potrzeby pomi­jane. O ludzi­ach upośled­zonych w ogóle się nie mówi. Moi aktorzy zaś od samego początku mają świado­mość, że ze sceny wypowiadają się w imie­niu całego środowiska ludzi zapom­ni­anych, niech­cianych, jed­nocześnie załatwia­jąc temat swoich włas­nych bolączek. Nauczyli się mówić ze sceny o swo­jej wrażli­wości, miejscu w świecie, powoła­niu, bezsen­sie swo­jego życia, człowieczeńst­wie. Ale mówią także o swoim upośledze­niu, o tym, że chcą zmieniać świat takich ludzi jak oni. W tej chwili jesteśmy w trak­cie pracy nad spek­tak­lem na pod­stawie „Sześ­ciu postaci w poszuki­wa­niu aktora” Piran­della. I pod­czas dzisiejszej próby roz­maw­iałam z moimi podopiecznymi w sposób niesamowicie odważny i nowa­torski. Bo będziemy poruszać tem­aty bardzo pry­watne, do których ludzie upośledzeni nie mają prawa w życiu oso­bistym, rodzin­nym czy społecznym, ale także o skra­jnie intym­nych sprawach jak molestowanie, naduży­wanie ich przez społeczeństwo, gwałt – o czym współczesny świat mil­czy. A dlaczego aku­rat Piran­dello? Bo mówi o wycz­er­pa­niu się tem­atów w teatrze, i że staje się on coraz bardziej nudny, i że nie ma już o czym opowiadać i nikt już tak naprawdę nie umie pisać sztuk, zwłaszcza dla ludzi upośled­zonych, których nikt też nie chce powołać do rzeczy­wis­tości teatral­nej. W „Sześ­ciu posta­ci­ach w poszuki­wa­niu aktora” będziemy bardzo otwar­cie mówić o niepełnosprawności, o tym, że nie jesteśmy w stanie zagrać tak wyszukanej roli, bo np. nie wszyscy umieją czy­tać. Dziś pytałam jed­nego ze swoich aktorów czy będzie w stanie o tym powiedzieć przed pub­licznoś­cią. On mi na to: „Maria, dla teatru wszys­tko.” To są naprawdę przepiękne momenty. I myślę, że z tego wyniknie prawdziwe studium teatru.

obraz

W moich aktorach jest wielka potrzeba wypowiedzenia różnych tem­atów, one zaś nakładają się na moją świadomą i prze­myślaną drogę w kre­owa­niu ich roz­woju, kre­owa­nia ich w każdym wymi­arze — ludzkim przede wszys­tkim. Wiem co chci­ałabym, aby osiągnęli w życiu i robię to pod­czas pracy nad poszczegól­nymi spek­tak­lami. Pon­adto oprócz tem­atów ter­apeu­ty­cznych przekładam na ich język artysty­czny osiąg­nię­cia lit­er­atury i sztuki, którymi chci­ałabym się z nimi podzielić. Każdy z nich czeka na swój czas. Mam 25 aktorów i za każdym razem opowiadam o życiu ich razem i każdego z osobna, bo rola, którą kreują na sce­nie jest tak naprawdę his­torią o ich pry­wat­nej wrażli­wości, zma­ganiu się z życiem, potrze­bie miłości, prawa do nien­aw­iści i do wypowiada­nia swoich racji. Parę lat temu w spek­taklu „M jak” mówiliśmy o prag­nie­niu miłości, ludzi­ach, którzy chcą ślubu, bycia w parze, mają ogromną potrzebę posi­ada­nia domu, dziecka, bycia dorosłym i korzys­ta­nia z tych wszys­t­kich praw, które dorosłemu się należą. Spek­takl gral­iśmy przez trzy lata. W ciągu tego czasu wywołał dość bur­zliwą dyskusję nie tylko wśród moich aktorów i ich rodz­iców, ale także w prasie, na uczel­ni­ach i w medi­ach. Kole­jnym prob­le­mem jaki się pojawił w naszym teatrze to prawo ludzi niepełnosprawnych do tworzenia, do sztuki i do korzys­ta­nia z dorobku cywiliza­cyjnego. Inspiracją do zgłę­bi­enia tem­atu było życie i twór­c­zość Isadory Dun­can. Napisal­iśmy na nowo jej his­torię, uwy­puk­la­jąc wątek o jej dra­ma­cie wewnętrznym — który doty­czy każdego twórcy – przyję­cie i odrzuce­nie dzieła przez Moi aktorzy także doskonale rozu­mieją ten ból wzras­ta­nia do wys­tąpi­enia przed publicznością.

Chci­ałam pod­kreślić, że w naszym teatrze to rola pisana jest dla człowieka a nie człowiek dobier­any do roli. Oczy­wiś­cie są osoby, które mają ogromne zdol­ności aktorskie czy umiejęt­ności odt­worzenia i kre­owa­nia roli, ale są także słabsi, którzy być może nie powinni być w teatrze. Ale u nas muszą grać wszyscy i oni wszyscy opowiadają o swoim życiu. Nigdy nie rozdzielam ról, oni te role układają sami. Weźmy „Isadorę” – prze­cież każda dziew­czyna chci­ałaby ją zagrać, każda chce tańczyć, mieć piękną czer­woną sukienkę i być najważniejsza na sce­nie. I one właśnie też takie są. Każda czuje się bardzo ważna, kobieca i tak naprawdę zyskuje pełną świado­mość swo­jej ułom­ności jed­nocześnie zdoby­wa­jąc wiedzę o swo­jej sile wewnętrznej. Kiedy wychodzą na scenę zma­ga­jąc się ze swoim ciałem, to tak jakby tańczyły swój jedyny (ostatni) taniec w życiu. Podob­nie jest teraz w sztuce Piran­della – jest jeden dyrek­tor teatru, ale prze­cież wszyscy mężczyźni chcą nim być – chcą być najważniejsi. Zatem już rozpoczęłam pracę nad oceną ich włas­nych możli­wości kieru­jąc ich w różné nierozpoz­nane jeszcze kli­maty spek­taklu. Mimo, że role w Piran­dellu są klarownie rozdzielone już teraz wiem, że kilku z postaci nie będzie, wiele także przybędzie.

Zwykle pracę zaczy­namy od rozmów. „Sześć postaci w poszuki­wa­niu aktora” to jedna z dwóch sztuk, w których korzys­tam z gotowego sce­nar­iusza, pozostałe (około 11) to sce­nar­iusze, które napisałam sama przy ich udziale. Moi podopieczni mnie inspirują, wypeł­ni­ają wiedzą o człowieku, która przekłada się potrzeby tworzenia. Piszę sztuki dla nich i jed­nocześnie o nich. Jed­nak aż do momentu pre­miery dochodzą zmi­any i poprawki, gdyż to właśnie od nich do ostat­niej chwili zależy jak będzie wyglą­dał spek­takl. Mają prawo stwarzać go na nowo i prz­er­abiać. Daję im tylko na początek pewien obraz, który później zgłębi­amy, studi­u­jemy. Jest to zawsze bardzo piękny okres miedzy nami – żyję ich życiem, dając im iskrę a oni są jej tak ciekawi, że tak „płoną” dalej już się samo dzieje…

Czy przeży­wają tremę? Na pewno, ale to bardzo specy­ficzne zjawisko, myślę, że ona nigdy ich nie spar­al­iżowała. To jest także fenomen mojego teatru – aktorzy zawsze zro­bią to co trzeba, a jeśli dochodzi do tego wzrusze­nie, niewycz­er­py­wane – widz przeżywa pod­wójnie wejś­cie autora na scenę. A tym co ich najbardziej mobi­lizuje jest chyba chęć sukcesu. Nasz teatr zapew­nia go zarówno ludziom niepełnosprawnym jak i ich rodzi­nom. To, że go w życiu ludzi upośled­zonych brakuje było moim odkryciem 20 lat temu. Mimo, że w ped­a­gog­ice jest nakaz pracy indy­wid­u­al­nej z osobą niepełnosprawną i tym samym zapewnie­nie sukcesu nawet najm­niejszego – każdemu z nich – niewielu ped­a­gogów to rozu­mie. A prze­cież każdy człowiek potrze­buje pochwał i dowartoś­ciowa­nia na miarę swoich możli­wości. Kiedy moi aktorzy wychodzą na scenę i chylą głowy w pokłonie, wiem, że odnieśli sukces – oni i ich najbliżsi.

Cza­sem pojawia się między nimi rywal­iza­cja, ale wtedy jestem przeszczęśliwa bo kreuje się wów­czas prawdziwa społeczność, wyzwalają nowe niez­nane dla ludzi niepełnosprawnych emocje, które zaczy­nają być przez nich nazy­wane: to chcą więcej… muszą być lepsi. Cza­sem kiedy rywal­izują ze sobą o kolor sukienki, ilość wpię­tych róży­czek we włosy… Pomaga mi w tedy czas, który z nimi spędz­iłam. Potrafię wtedy ukochać i dowartoś­ciować, rozsądzić, są jed­nak trudne chwile, momenty zała­ma­nia. Wczo­raj jeden z chłopaków powiedział, że nie chce już wys­tępować w spek­taklu, nie chce już grać, że ma dosyć. Mamy za sobą bardzo długą his­torię — znamy się ponad 18 lat. Odwołałam się zatem do tego, co doty­czy każdego człowieka – mam „z tyłu” jego upośledze­nie, „chciejstwo” i „niech­ciejstwo”, liczy się odpowiedzial­ność, dlat­ego nie może się teraz wyco­fać ze spek­taklu. Powiedzi­ałam mu tyle wiel­kich słów, dowartoś­ciowałam go, tworząc tym samym kole­jny moment w jego życiu. Wiec­zorem matka gorąco mi dziękowała, że ich syn nie zrezyg­nował. To był dla mnie wielki wieczór.

Teatroter­apia rozwija tak naprawdę wszys­tko w człowieku i dla człowieka! Jest przede wszys­tkim bardzo intere­su­ją­cym sposobem na spędzanie czasu i reha­bil­i­tację, która dzięki temu jest wszech­stronna i wszechzmysłowa. Żeby stanąć na sce­nie trzeba prze­jść złożony pro­ces, którego nie da pójś­cie na rower, czy do psy­chologa, trzeba bowiem dotknąć wielu aspek­tów swo­jej psy­chiki i swoich umiejęt­ności. Teatr jest wielopłaszczyznową sztuką łączącą i zbier­a­jącą ele­menty z różnych źródeł naszej rzeczy­wis­tości, która dla nas jest może ogóln­o­dostępna, zaś człowiek upośled­zony, odcięty od nor­mal­nego świata, dopiero uczy się z niej czer­pać. Rodz­ina i szkoła tylko do pewnego momentu może zag­waran­tować rozwój, dlat­ego pobyt na Warsz­tat­ach Ter­apii Zaję­ciowej jest dla ich uczest­ników pracą, spędzaniem wol­nego czasu, sposobem na reha­bil­i­tację, ale przede wszys­tkim sposobem na rozwój swo­jej ludzkiej osobowości. Dlat­ego najs­traszniejszą rzeczą dla mnie jest moment, kiedy prze­gry­wam z rodzi­cami człowieka upośled­zonego, którego zabier­ają z teatroter­apii ponieważ nie godzą się na doras­tanie swo­jego niepełnosprawnego dziecka, jego dojrze­wanie społeczne, prze­jawy wol­nej woli i świado­mości prawa decy­dowa­nia o sobie. Nie wytrzy­mują tego, że ich upośled­zone dziecko przes­taje być ciche i poko­rne. Tutaj uczę tych rodz­iców tego, co moje własne dzieci zafun­dowały mi w życiu – prawo do dys­ponowa­nia swoimi pieniędzmi, decy­dowa­nia o swoim cza­sie, ode­jś­cie z domu – czyli tych wszys­t­kich rzeczy, które nor­malne dziecko posi­ada z racji urodzenia się normalnym…

Cieszą mnie nawet najm­niejsze ludzkie sukcesy — czy ktoś nauczy się robić fry­tki, samodziel­nie robić zakupy czy umówi się do kina– to są moje perełki. Bo tak naprawdę wszys­tko co dzieje się w życiu moich aktorów — zarówno w przełoże­niu na sferę ped­a­gog­iczną, ter­apeu­ty­czną jak i oso­bistą — jest moim pry­wat­nym, wielkim sukce­sem. Ale oprócz tego bardzo ważné jest dla mnie to, że zaczęto nas postrze­gać jako teatr, że jesteśmy rozpoz­nawani i doce­ni­ani a ludzie chcą oglą­dać to, co robimy. Moi aktorzy, mimo, że upośledzeni, stali się bohat­erami nor­mal­nej społeczności — niejed­nokrot­nie budząc podziw. Zmie­nili obraz człowieka niepełnosprawnego umysłowo w świecie, który ich izoluje, który mówi o nich dzi­wne rzeczy, albo widzi jako brzy­dką grupę. Moje dziew­czyny uży­wają dobrych per­fum, kos­me­tyków, chodzą do dobrych fryz­jerów i mają niezłe ciuchy. Mam świet­nych przy­jaciół – 25 wspani­ałych ludzi, którzy obiecują mi, że jak będę stara i niedołężna to się będą mną zaj­mować.

Moim najwięk­szym marze­niem jest wyna­ję­cie domu dla moich podopiecznych, w którym będą mogli samodziel­nie mieszkać, by mogli zderzyć się z nor­mal­nym życiem. Bardzo chci­ałabym także by wybu­dowano w Lublinie teatr ludzi niepełnosprawnych, nie jest to jed­nak tylko kwes­tia pieniędzy. Na pewno wymaga to długiego czasu i dobrej orga­ni­za­cji. Dlat­ego m.in. od 1 czer­wca 2009 r. powołal­iśmy Fun­dację Teatroter­apia Lubel­ska, której częś­cią stały się Warsz­taty Ter­apii Zaję­ciowej. Przez ostat­nie 14 lat dzi­ałal­iśmy w ramach Teatru im. J. Osterwy, jed­nak praca na rzecz ludzi niepełnosprawnych ewolu­uje, nowa rzeczy­wis­tość stawia coraz więk­sze wyzwa­nia i żeby im sprostać potrzebna jest zmi­ana. Fun­dacja daje na pewno więk­sze możli­wości finan­sowa­nia i szer­szej dzi­ałal­ności. Nato­mi­ast współpraca z Teatrem im. J. Osterwy była bardzo pięknym okre­sem – to właśnie dzięki niej zapal­iło się zielone światło dla naszych dzi­ała­nia w świado­mości urzęd­ników, poli­tyków i dzi­ałaczy kul­tur­al­nych. Zostało znie­sione wiele barier a to na pewno nie koniec. Mając jed­nak świado­mość tego sukcesu wiem, że nie umrę w spokoju – bo ile jest takich, którzy z tego nigdy nie sko­rzys­tają?

ZOOM Październik 2009
Lubel­ski Infor­ma­tor Kulturalny