teatroterapia

Rozmiar tekstu:

Recenzja Opery Kartoflanej

  • 2018-04-27
  • dodał: k

Piotr Kobielski - Grauman

"Opera Kartoflana" - Musical wzruszeń

Mówienie o teatrze to trochę jak mówienie o miłości – niby o tym, ale jednak to nigdy „nie to”, bo „tego” żadnym opisem nie sposób naprawdę dotknąć. Opowiadania mogą być nawet z miłości i stąd też miłosnymi bywają zwane, ale samą miłością nigdy nie są. „Wskazując księżyc, nie pomyl palca z księżycem” – powiada pewien chiński aforyzm buddyjski. Próbuję zatem być ostrożny, pisząc o spektaklu Teatroterapii Lubelskiej.

Teatr, muzyka, taniec są sztukami ulotnymi – właściwie przestają istnieć, gdy nie są grane – żaden zapis na najdoskonalszych nośnikach nie odda nigdy widzowi i słuchaczowi dramaturgii spektaklu czy koncertu „na żywo”.                     A zwłaszcza teatr wymyślono (przynajmniej jeśli wierzyć starożytnym Grekom) m. in. po to, byśmy mogli doświadczać w nim, czym/kim moglibyśmy być, a z jakichś powodów nie jesteśmy. Lub na odwrót – w teatrze dopiero zobaczyć, kim naprawdę jesteśmy, kiedy zwykle na co dzień wcale tego nie wiemy. W tym sensie teatr jest sam w sobie właściwie misterium terapii – miejscem i czasem oczyszczenia i przemienienia. I dotyczy to zarówno aktorów, jak i widzów.

„Teatr nasz, niezwykły świat, skupia ludzi z mnóstwem wad.
      Lecz na scenie wierzyć chciej, każdy sprosta roli swej…” –

 słyszymy w śpiewanym chóralnie ze sceny „Hymnie” Teatroterapii.

Teatroterapia Lubelska jest zespołem aktorskim osób niepełnosprawnych, młodych, dotkniętych od urodzenia rozmaitymi ułomnościami rozwojowymi, zarówno fizys jak i psyche. W naszej potocznej zbiorowej świadomości utarło się na ich temat nieszczęsne pojęcie zawarte już w samym wieloznacznym określeniu: „nienormalność” – które w swej ogólnikowości zgoła niczego nie tłumaczy, a jeśli już cokolwiek, to najwyżej tyle, co w przypadku każdego z nas, gdy ktoś zechce nas „naznaczyć”, a następnie – wyłączyć, usunąć na margines, tzn. wykluczyć z tzw. „normalności”. Ta zaś wyznaczana jest przez schematy antropologiczne, tzn. mentalne, ideologiczne, a na końcu przez ekonomiczny darwinizm społeczny – innymi słowy: wyobrażenia i hipotezy na temat tego, czym w istocie homo sapiens jest, a idąc dalej, stricte pragmatycznie – czym niby powinien być!…

Teatr, z samej swej istoty, neguje wszelkie schematy, a manifestuje właśnie wyjątki. Przypomina o tym, o czym już jakby zapomnieliśmy: że Wszyscy jesteśmy dziećmi jednego Boga i Matki Natury, Gai, Bogini Ziemi, Wielkiej Macierzy… A to – poza wszelkimi ludzkimi, zmiennymi wszak, regułami!
 Już sam tytuł spektaklu: „Opera kartoflana” – niejako ściąga nas na ziemię właśnie (w tyle głowy automatycznie kontaktuje skojarzenie z „operą mydlaną”), bo zapożyczone z niemieckiego słowo „kartofel” w rdzennej polszczyźnie znaczy po prostu „ziemniak”, a to przecie roślina typowo „ziemska”, można by rzec: błogosławiona, by wyżywić „ziemlaków” (jakby to powiedział Leśmian).

Jednocześnie tytuł ten od razu sugeruje, że nie będzie to jakaś „sztuka wyższa”, przeciwnie – już sam w sobie odsyła nas do „trywialu” – a mianowicie, że tu chodzi o… życie!

„Mówią nam, mówią wciąż z zatroskana miną
Czego mam nauczyć się  by w życiu nie zginąć…

Jak zarządzać mądrze muszę rentą taką małą
By opłacić to co trzeba i by na chleb starczało”

[jak głosi fragment jednego z songów pt. Chleb]

Piszę te słowa, gdy akurat  jesteśmy świadkami żenującego „spektaklu” na korytarzach  polskiego sejmu, gdzie rodzice i ich niepełnosprawne dzieci muszą „protestować” przeciwko ustawowym i rządowym regulacjom (społeczno-ekonomicznym) uniemożliwiającym im „normalne”,  godne życie – a właściwie wręcz – przeżycie!  Widzimy w telewizji premiera rządu, który nie rozumie  (nie chce?) i nie może się dogadać z dorosłym niepełnosprawnym, inteligentnym chłopakiem, który wprost wyraża swój żal wobec tego braku dobrej woli…

W tym kontekście trzeba powiedzieć, że spektakl Teatroterapii Lubelskiej – dzieło zespołu niepełnosprawnych aktorów i ich opiekunów-instruktorów –  jest zdumiewająco sprawny!

Począwszy od rozwiązania przestrzeni scenicznej, poprzez wybór formuły muzycznej, jak też i samą realizację konwencji współczesnego quasi-musicalu ulicznego. Przede wszystkim to, że spektakl nie jest grany „na deskach”, tj. na „pudle” sceny, a na parkiecie tanecznym, zasadniczo rozwiązuje „poziomy”: aktorzy i widzowie są na tym samym poziomie akcji scenicznej. Właściwie mogłoby tu nie być krzeseł „widowni”, bo i tak wszystko jest dosłownie „w ruchu” (a przynajmniej piszącego te słowa w ruch wprawiało). Także scenografia ograniczona do minimum właściwie znosi tradycyjny podział na scenę i widownię, co typowe zresztą dla tzw. teatru alternatywnego. Centralnym elementem do ogrania jest tu swoisty box, białe pudło ni to kanapy, ni to jakiejś kapsuły statku (kosmicznego?), obracane w głębi sceny, jakby w kolejnych odsłonach stacji podróży. To w jego wnętrzu aktorzy prezentują sceny niby mimiczne, w różnych konstelacjach 20 osobowego zespołu. Na przedsceniu z lewej mamy wyświetlany film w niby-akwarium, z prawej skanduje do nas teksty raper solista. Jest to nader skuteczne zorganizowanie przestrzeni akcji, wymuszające na widzach podzielność uwagi lub rozproszenie i dezorientację.  
   Konwencja hip-hopowa formuły muzycznej i choreograficznej nie dla wszystkich wprawdzie musi być strawna i gustowna, niemniej tu narzuca się sama i jest nader przekonująca w swej adekwatności do tematu zasadniczego spektaklu. Wszak jest nim WYKLUCZENIE, a warto przypomnieć, że hip-hop narodził się przecież trzy dekady temu na amerykańskich ulicach i placach dzielnic biedoty i marginesu, w większości tzw. czarnego. Kiedy gatunkiem tym zainteresował się wtedy i zainspirował sam Miles Davis, uważano to z początku za aberrację, a dziś wiadomo, że w ten sposób po raz kolejny odmienił on oblicze jazzu i muzyki Afroamerykanów.

Toteż i w „Operze Kartoflanej” nie dostajemy arii, a tzw. rap, swoisty zaś taniec, to bynajmniej nie grzeczne układy baletowe, a po prostu sceniczny ekwiwalent grupowej ekspresji ruchowej (aczkolwiek w sposób przemyślany zorganizowanej i reżyserowanej), jaka zwykle rapowaniu towarzyszy. Wiadomo, że w rapowaniu niezbędny i ważny jest tekst. I tu jest jakby bajka osobna, ale przecież równoległa do całej reszty przedstawienia.

„Pisze się, żeby pouczać, wzruszać lub urzekać” – powiada Rudolf Agricola, poeta,  doktor poetyki i retoryki Akademii Krakowskiej A.D. 1505.

Mogę się jedynie domyślać, że autorka tekstów wszystkich 8. songów „Opery Kartoflanej” –  Danka Mikusz, może być poniekąd autorem kolektywnym, a jeśli nawet niezupełnie, to w każdym razie swoistym medium bezpośrednio inspirowanym „podszeptami i podpowiedziami” członków zespołu aktorskiego. Albo mówiąc inaczej: „prze-powiada” ich treści w komunikatywnej formie. Dość, że te uderzające prostotą i bezpośredniością ‘wiersze rymowane do rapowania’ mieszczą wszystkie właściwie kwestie, o których mowa powyżej. W kolejności: DLACZEGO? INNA, NIKT, OCZAROWANIE, GDYBYM NIE BYŁ INNY, SZUKAM PRACY, CHLEB, HYMN. A więc kolejno: pytanie o „naznaczenie”, o powód odrzucenia, o tożsamość w „normalnym” świecie, o prawo do miłości i o prawo do uczestnictwa w nim…

I kiedy słuchałem na przykład:

„Nie zrobiłem tu nic złego, czemu jestem wykluczony
Co jest we mnie tak strasznego, że zostaję tu wzgardzony
Pragnę tylko żyć jak inni, czy znajdujesz coś dziwnego
Kiedy zadam Ci pytanie Boże mój… Dlaczego?”
– albo:

„Czasem czuje się jak przybysz, co z innej planety wrócił
Taki całkiem nieprawdziwy, myślą o mnie: jesteś głupi!...

– przyłapałem się nagle na tym, że… mogą to być również moje pytania.
Idąc dalej – myślę, że dla tzw. „pełnosprawnych” widzów ten osobliwy spektakl może być właśnie pretekstem do uprzytomnienia sobie własnych „niesprawności” i „niepełności”, delikatnie mówiąc. To znaczy takich własnych ograniczeń i niemożności, do których przywykliśmy i w ogóle ich już nie zauważamy w sobie, jako tako funkcjonując na tym „najlepszym ze światów”. Tyle że… my w istocie możemy wszystko, a jeśli nam się wydaje, że tak nie jest, nie mamy przed samymi sobą żadnego usprawiedliwienia. Poza indolencją, lenistwem, obłudą, egoizmem…

Dlatego rytm, energia ruchu i bezpośrednia szczerość komunikatu tego niedługiego, niewiele ponad półgodzinnego musicalu – jest swego rodzaju wyzwaniem. Ci aktorzy patrzą nam prosto w oczy. „Naprawdę niepokonany jest tylko człowiek bezbronny” – napisał gdzieś Edward Stachura. Warto może przy okazji uczestniczenia w „Operze Kartoflanej” zastanowić się nad sensem tego zdania. Przez moment zdawało mi się, że jedna z aktorek uporczywie zagląda mi w oczy, było to raczej złudzenie, bo przecież światło padało na nią, ja zaś byłem za światłem i nie mogła mnie wyraźnie widzieć. Za to w jej oczach zobaczyłem coś, co tylko niekiedy udaje mi się dostrzec, z zaskoczenia, na przykład nocą, kiedy przypadkiem w jakimś wystawowym lustrze mignie odbicie twarzy, a roztargniony, w pierwszej chwili nie pamiętam, że to moje.        A  wtedy tam przez moment to jest… Odsłonięte istnienie.   

‹ powrót